Różowa grzywka contra ważne sprawy szarych ludzi, czyli książki Sylwii Chutnik

Uśmiechnięta pani z różową grzywką, mama synka, kobieta pióra, wreszcie feministka – choć ta ostatnia etykieta może wprowadzać niepotrzebny chaos, bo akurat feminizm Sylwii Chutnik (o niej tu mowa) jest przyjazny, kreatywny i po prostu dobry. Tak jak przyjazna (oku), kreatywna (językowo) i po prostu dobra (pod każdym względem) jest jej literatura. I to zarówno felietony rodzicielskie („Mama ma zawsze rację”), jak i jej powieści. W felietonach porusza tematy bardziej lub mniej oczywiste (wzajemne wsparcie w rodzinie, siła rozmowy, samopoczucie młodej mamy), czasem grząskie (religia, tolerancja), ale zamiast wojować czy narzucać, cierpliwie, dowcipnie i lekko prezentuje i tłumaczy, argumenty dobierając tak, żeby nikt nie poczuł się obrażony. Rzadka to dziś sztuka, kiedy nastroje w narodzie spolaryzowane jak fala poprzeczna.

To w felietonie. A w prozie?

Sylwia ma oko i przede wszystkim ucho do drugiego planu. Do drugiego rzędu blokowiska, drugiego dna normalnej rodziny, do historii ludzi na co dzień przezroczystych, mało istotnych, tak nieciekawych, że aż wyjątkowych. I wreszcie – do nieoczywistych, narastających latami patologii.

Lubi się Chutnik przyglądać długofalowym procesom, jakby próbując odtworzyć ten moment, w którym coś poszło nie tak, ale w procesie tej retrospekcji okazuje się, że każdy puzzel jest ważny, każda drobna irytacja, zawód, sprzeczka, chandra.

W „Jolancie” i „Smutku cinkciarza” śledziliśmy losy tytułowych bohaterów – od dzieciństwa po dorosłość (lub nawet jej kres). Postaci te raczej marginalne, szare, czasem głupie lub irytujące, takie, jakich w blokach mnóstwo – mówi się o nich czasem „sąsiadka z piątego”, „ten, co mieszka nad nami” i nie przygląda im bliżej, bo po co. Ani to o literaturze człowiek nie porozmawia, o polityce tym bardziej, ani dzieci do nich nie puści, bo za niskie progi, tu alkohol, tam alkohol. A jednak opisane zostały w taki sposób, że człowiek się zaczyna interesować, bratać, wreszcie martwić i współczuć.

Sylwia Chutnik ma coś, co powinien mieć każdy człowiek, a najpewniej każdy rodzic – ogromne pokłady empatii. Niezależnie, czy pisze zupełnie fikcyjną historię, czy opiera ją na faktach (ów cinkciarz żył i zginął gdzieś naprawdę), robi to z ogromnym w(y)czuciem. Jest wiarygodna – opisy półświatka czy innego szemranego salonu nie trącą obiegową sztampą, zbiorem powtarzanych stereotypów, lecz sprawiają wrażenie samodzielnie doświadczonych.

Gdzie diabeł nie może tam Chutnik poślą, i dostaną świetny i fabularnie i językowo raport.

Szczególnie w „Smutku cinkciarza” pierwszoosobowa narracja głównego bohatera, dzięki udanej stylizacji na język  warszawskiego cwaniaczka spod PEWEXu, dostarcza kapitalnej uczty językowej. Oto próbka:

Wystroiła się jak woźna w dzień nauczyciela. Kiecka z komisu, buty na obcasach, koafiura napuszona. A makijaż! Dwa dni to potem zdrapywała. Ja zresztą też nie byle paździerz, odstawiłem się galantnie i wybraliśmy się do lokalu.

Wplecione teksty polskich szlagierów dopełniają klimatu – bo chcąc nie chcąc poznajemy je przez społeczną osmozę i wystarczy parę słów refrenu, żeby z tyłu głowy wybrzmiał tandetny rytm, który przygrywa tej historii. Tej smutnej opowieści o cinkciarzu z Bielan, co miał swoje zasady, swój pokrętny system wartości i moralny kodeks, a ostatecznie i tak przejechał się na tym, w co wierzył najbardziej.

„Jolanta” to z kolei studium kobiecego przypadku, Jolki z Żerania. To historia zwykłego, codziennego życia kobiety przeciętnej, niewykształconej, średnio atrakcyjnej, zarówno w kwestii fizys jak i intelektu, takiej, którą szybko się ocenia – „nie chciało się uczyć, dała sobie dzieciaka zrobić, a teraz niezadowolona” i tym podobne. A Sylwia pokusiła się o to, żeby sobie taką panią rozpracować, na śrubki rozłożyć jej motywacje, radości, lęki i traumy. I sprawić, że zaczniemy ją rozumieć, na tych dwieście stron grać w jej drużynie.

Wychodzi na to, że róż u Sylwii Chutnik zaczyna się i kończy na grzywce, ale to nie znaczy, że w tej szarej strefie szemranych życiorysów nie może być miło i przyjemnie. Jej książki pochłania się jak ostre jedzenie – pali, szczypie, ale biorę kolejne kęsy, bo lubię.

Jeśli lubię, of course.

 

Wykorzystane zdjęcie ©Krzysztof Dubiel / Instytut Książki

 


 

INEZ

Literaturoznawca, tłumaczka, przyszły automatyk. Debiutuje w roli mamy, więc rozpiera ją energia. Zamiast kawą nakręca się entuzjazmem i uśmiechem córeczki. Stworzyła tę przestrzeń dla rodziców, którzy tak jak ona poczuli, że potrafią, i chętnie podzielą się swoimi małymi wielkimi sukcesami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *