domowe zabawki: dlaczego, co i jak?

No i obudziłam się z ręką w nocniku. To znaczy, obudziłabym się, gdybym miała nocnik, ale ani tego, ani wielu innych elementów wyprawki nie ogarnęłam przed porodem, więc obudziłam się z ręką w miejscu na przyszły nocnik. Zagapiłam się trochę w myśl przesądu, że nie ma się co rozpędzać zanim dziecko nie przyjdzie na świat, a trochę z braku podstawowych umiejętności inwentaryzacyjnych – szczęśliwie dostaliśmy takie ilości ubranek i gadżetów od rodziny i przyjaciół (dzięki!!), że przez chwilę wydawało się, że mamy wszystko a nawet podwójnie. Ale to wszystko to tylko osprzęt podstawowy, zestaw „codzienny survival”, a co z rozrywką?
No i tu wyrodna matka się zreflektowała, że dziecko nie ma zabawek.

Ani – i to już w ogóle zbrodnia, która powinna podpadać pod ciężkie paragrafy – książeczek.

Co robić?

Córeczka niby jeszcze wzrok ma koci, ale warto czymś go ćwiczyć. Co by jej tu dać do oglądania, skoro teraz, jak już jesteśmy w dwupaku, niby oddzielne, ale bardzo od siebie zależne, wyprawa do centrum handlowego wymagałaby chyba podobnie jak ta dokoła świata – min. półrocznych przygotowywań i researchu tras 😊 – nie mówiąc już o tym, że dla noworodka pobyt w takim centrum bylaby chyba równie przyjemna jak dla mnie karna impreza w technoklubie z dużą ilością stroboskopu.

Więc jeśli jesteś właśnie w siódmym, ósmym czy dziewiątym miesiącu ciąży i jeszcze brakuje Ci czegokolwiek do dziecka, to załóż buty, kurtkę, szalik, sanki, jeśli trzeba, gumowce, kolczatki albo bikini i idź do sklepu i kup to, póki możesz sobie pozwolić na luksus nieśpiesznej zadumy nad dobrodziejstwem bambusowej pieluchy i designem przewijaka.

A jeśli wtopiłaś tak jak ja, to teraz jedyną nadzieją kreatywność spod znaku Adama Słodowego, czyli z angielska DIY. Ale spokojnie – obejdzie się bez młotka, pistoletu z klejem i szydełka.

Zamiast ładnie wydanej i poręcznej pierwszej książeczki (które dodatkowo nabyłam później i również polecam), wzięłam kilka kartek z papieru do drukarki, gruby czarny flamaster i narysowałam dziecku duże, proste, wyraźne wzory. Kwiatek, kółko, kwadrat, serce – od serca. Plus kartek jest taki, że dobrze wchodziły między szczebelki a materacyk i mogłam nimi „wyściełać” ściany łóżeczka. Lekturze nie było końca 😊

Ale przychodzi ten moment, że cicha kontemplacja nieruchomego obrazu spada ze szczytu listy przebojów niemowlaka i trzeba dalszych wyzwań, bardziej efektownych przygód. Szukając inspiracji do zabaw z dwumiesięcznym dzieciaczkiem przeczytałam (polecam ten artykuł – mnóstwo pomysłów), że przydatne są duże kolorowe klocki, z których można budować wieżę i ją potem ku uciesze dziecka (ale też głodnych akcji rodziców) „demolować”. Ale skąd klocki? Można zamówić, ale to czas oczekiwania, potem kurier, którego trzeba będzie zdekapitować za dzwonienie domofonem, kiedy akurat dziecko zasnęło, same problemy.
A dziewczynka (jeszcze) wesoło patrzy i oczekuje zabawy teraz, now.
Rozejrzałam się wokół siebie, zapuściłam żurawia po pokojach – co może imitować klocki?
Wchodzę do łazienki i bingo!

Wałki do włosów!

Kolorowe, lekkie, dają się układać w wysokie wieże i niższe domino. Chichraliśmy się z mężem przy każdej demolce, a rozbawiona córeczka zachodziła w głowę, o co tym wariatom chodzi. Zabawa była przednia, efekty uwiecznione:

Takie samodzielnie wymyślone zabawy, samodzielnie stworzone, przygotowane, zaadaptowane zabawki bardziej chyba cieszą niż nawet najbardziej wielofunkcyjne gotowce – i dziecko i rodzica. A i czas wtedy jakoś łaskawiej płynie, szczególnie jeśli przed nami wyzwanie wielu godzin sam na sam z maleństwem.

Moje małe źródełko inspiracji codziennie bije (dosłownie – bo tak macha rączkami i nóżkami, że już zaczynam mieć siniaki 🙂 ), więc materiał na kolejne części kreatywnych zabawek stworzonych z tego, co akurat pod ręką, się zbiera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *